poniedziałek, 28 grudnia 2015

Dzień pierwszy.

Noe

Właśnie prowadzili mnie z rozprawy sądowej. Gdy usłyszałem wyrok, o mało co się nie popłakałem. Cztery lata w najgorszym więzieniu w Polsce. Nie najgorszym, w sensie najbrzydszym, o nie. To nowe więzienie przygotowane dla największych bandytów. A ja mam tam trafić, tylko za co? Za bycie świadkiem i wezwanie pogotowia. Pojebane, nie? Wszyscy są przeciwko mnie, chociaż są dowody na moją niewinność. Własny prawnik mi nie pomógł, tylko kazał przyznać się po to, bym dostał mniejszą karę. A tak właściwie o co mnie oskarżyli? O zabójstwo z wielkim okrucieństwem.
Podobno zadałem ofierze aż czterdzieści pięć ciosów tasakiem kuchennym.. Szkoda gadać. Rodzice płakali, przyjaciele mówili "trzymaj się". Będę tęsknił za życiem na wolności.

Byłem prowadzony przez dwóch, silnych i umięśnionych policjantów. Skuty kajdankami i wydany na pośmiewisko. Policjanci założyli mi kominiarkę i weszliśmy na "korytarz sławy". Gdy tylko mnie zobaczyli zaczęło się. Wszyscy robili zdjęcia i zadawali głupie pytania typu 'Czemu pan to zrobił', 'Co na to pana rodzice?' i 'Jak mogłeś? Mojego syna? Łajdaku!'. Czułem się strasznie, jakbym... Zabił człowieka. Ale ja jestem niewinny! Z moich oczu wypłynęły łzy. Patrzenie na świat szmaragdowymi oczami pseudo mordercy. Nie jestem mordercą, ale przez to wszystko tak się czuję. Tłumaczą się tylko winni. Przypomniały mi się słowa mojego nauczyciela historii, kawał skur... Znaczy idioty, ale jakoś zawsze wszyscy u niego zdawali.

Gdy wyszliśmy na zewnątrz kolejna grupa dziennikarzy wybiegła zrobić mi zdjęcie i znów pytać o coś durnego. No bo przecież '... ludzie chcą wiedzieć, panie R'. Niby nic, a kuje mnie przez to na sercu. Nazywają mnie potworem, nikczemnym mordercą... A nawet mnie nie znają! Usiadłem grzecznie koło policjantów. Jeden z nich zdjął mi maskę, a ja odetchnąłem z ulgą. Zadusiłbym się. Moje włosy opadły mi na oczy. Zdmuchnąłem je szybko i popatrzyłem przed siebie.
- Przepraszam... Za ile tam dojedziemy? - Spytałem najmilej i najgrzeczniej jak mogłem, choć krew się we mnie gotowała.
- Co, nie możesz się już doczekać? Jeszcze pięć minut.
Facet zaśmiał się, a ja przygryzłem nerwowo wargę. A co jeżeli trafię do takiej celi, w której będą gwałciciele? Albo pedofile? Nie chcę uprawiać seksu w tak młodym wieku!
- A.. A mogę wiedzieć z kim będę w celi? - Spytałem znowu, a policjantom skóra z różowokremowego koloru zmieniła się w prawie biały. Wyglądali jak trupy. Syknęli, a potem popatrzyli na mnie przepraszająco. Zrozumiałem. Chcą mnie umieścić w celi razem z jakąś szychą. No pięknie.

Kilka minut później, korytarz główny więzienia w Sosnowcu.

Teraz strażnicy prowadzili mnie spokojnie. Jakby w ogóle się nie spiesząc... Mieli inne stroje, inne miny. Bardziej ponure. Popatrzyłem na ściany, nie są one szare i smutne, są koloru biszkoptowego, a żarówki wesoło świecą mi nad głowa, jakby cieszyły się, że mają nowego kolegę. Przed nami wielkie tytanowe drzwi. Po głowie krążyła mi liczba 69. Nie ze względu na skojarzenia związane z nią, to po prostu numer mojej celi. Patrzę na boki. 67, 68... Faceci otwierają tytanowe drzwi i wchodzą ostrożnie do środka. 69 to pokój pierwszy od drzwi, po prawej. Jest na nim imię i nazwisko więźniów. Moje i... Ethan Carther. Znam skądś, ale nie wiem skąd. Mężczyźni szybko otworzyli cele, wepchali mnie do niej i szybko zamknęli za mną drzwi.

Oczywiste jest to, że zaliczyłem glebę, ale... No niestety nie sam. Wpadłem na większego od siebie niebieskookiego szatyna. Zmierzył mnie wzrokiem.
 - Wstań ze mnie gówniarzu! - Warknął zły. Przestraszony szybko wstałem z podłogi i podszedłem do ściany. Chłopak wstał i otrzepywał się z kurzu. Cholerni strażnicy! Będę miał przerąbane pierwszego dnia.
- Ty jesteś tym.. ymm, nowym? Nie za młody jak na więzienie dla dużych chłopców? - Spytał z chamskim uśmiechem. Zagryzłem lekko wargę i skierowałem swój wzrok na podłogę. Szlak, mięśnie tego kolesia są dwa razy większe od mojej łydki. Chłopak ma na oko 23 lata, jest przystojny.. Stop! Zero homo! Hetero 99%
 - Słuchaj mały, jak ja zadaję ci pytanie, to masz mi kurwa udzielić odpowiedzi, patrz mi w oczy! - Krzyknął, przez co wzdrygnąłem się. W moich oczach pojawiły się łzy. Ogarnij dupę! Stać cię na krzyk. - Nie rozkazuj mi! - Krzyknąłem i gwałtownie poderwałem głowę oraz dumnie wyprostowałem sylwetkę.
- Nie mogę? A kto mi zabroni, maluszku? - Spytał z szyderczym uśmiechem na jego ustach. - Ty?
- Może jestem niższy... No i mniejszy... Ale nie masz prawa mi rozkazywać, do cholery! - Patrzyłem wprost w jego lodowate oczy i chamski uśmiech, który robił się z każdym moim słowem jeszcze straszniejszy. Podszedł do mnie i przyszpilił mnie swoim ciałem do ściany.
- Mamy buntownika. - Oblizał usta, a ja próbowałem się wyrwać. Złapał moje ręce i umieścił je nad moją głową, by potem wpić się w moje usta z impetem. Ze zdziwienia rozszerzyłem je i cicho pisnąłem, gdy wsunął do nich swój jęzor. Zamknąłem oczy i nieświadomie oddałem pocałunek. Chłopak widząc to, pogłębił go i zaczął bawić się językiem w moich ustach. Stanąłem do boju o dominacje. Nasze języki tańczyły oplatając się. Chciałem choć trochę pokazać, że jestem facetem. Gówno z tego wyszło, chłopak wygrał i mruknął cicho ze szczęścia wprost w moje usta. Gdy oderwał się ode mnie, ja upadłem na podłogę i zacząłem dyszeć. Chłopak usiadł na pierwszym piętrze łóżka. Wstałem z podłogi i szybkim krokiem skierowałem się na górę łóżka. Wskoczyłem na nie i gdy wylądowałem na dość miękkim materacu odetchnąłem z ulgą. Nie chcę z nim gadać. Nie chcę wychodzić z tej celi. Ja chcę świętego spokoju.
- Jestem Ethan. A ty jak masz na imię dzieciaku? - Spytał chłopak. Usłyszałem skrzypienie łóżka, co znaczyło, że też się położył.
- Noe. - Odpowiedziałem dość nieśmiało.
- Haha. Ciekawe imię, zapalony katolik? - Spytał nie mogąc powstrzymać chichotu.
- Ateista. - Mruknąłem zły. - Sam sobie imienia nie wymyśliłem.
- Coś czuję, że będziesz miał ciekawą ksywkę.
- Ksywkę?

Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. 'Kolacja' usłyszeliśmy, a potem przez otwór w drzwiach wysunęły się dwie miski z owsianką. Jednak ani mi, ani temu cwaniakowi nie spieszyło się, by odebrać posiłek, który jeszcze parował. Strażnicy zabrali jedzenie. Jednak po chwili uslyszeliśmy otwieranie drzwi. Do pomieszczenia wszedł strażnik o długich, niebieskich włosach. Ubrany był w mundur. W ręku trzymał tacę z dwoma miskami.
- Ethan, jesteś aż tak leniwy, że nie możesz ruszyć dupy po jedzenie?
- Tak średnio mi się chciało... No ale przyzwyczaiłem się, że to ty przynosisz mi jedzenie. - Uśmiech Ethan'a był dosyć straszny dla mnie. Niebieskowłosy popatrzył na mnie, a potem uśmiechnął się lekko.
 - Jestem Edward. Tutejszy strażnik i przyjaciel tej szuji. - Chłopak podał mi rękę.
Uścisnąłem ją nieśmiało.
- No-noe.
- Piękne imię.
- Ej, nie podrywaj mojej szynki. Nie dla psa kiełbasa! - Warknął czarnowłosy wstając i biorąc od chłopaka jedzenie.
- Nie odzywaj się. Załatwiłem ci już tyle rzeczy, że powinieneś mi buty czyścić. - Zaśmiał się uroczo niebieskowłosy. No homo, no ale jest piękny.
- Wymień.
- Jedzenie, kilkanaście prób ognia, fajną celę, normalne ubranie. I co, mało ci zasrany królewiczu? - Powiedział Edward, a zielonooki oparł się delikatnie o barierkę łóżka, tam gdzie ja siedziałem.
Poczułem jego miękkie włosy na rękach. Wyciągnął z kieszeni czarną gumkę do włosów i podał mi ją.
- Umiesz wiązać włosy? - Dodał jeszcze.
- Ta-tak.
- A zrobisz mi koka? Tylko nie z całych włosów. Chcesz jakieś spinki czy coś?
- Ej panienki... - Zagadał zdenerwowany Ethan i pogłaskał swoje udo. - Ed, boli mnie siniak.
- Było się nie bić z tym czwartaczkiem. - Zaśmiał się chłopak, a ja zabrałem się za wiązanie włosów. Przykładałem się do mojej pracy... Jednak jednym uchem słuchałem ich rozmowy.
- Gówniarz zajął MOJE miejsce.
- Ale z ciebie sadysta idioto, wiesz że karetka go zabierała?
 - Ma za swoje. Było nie pakować dupy na nieswoje miejsce! - Wrzasnął zły. Gdy skończyłem robić koka, oparłem się zmęczony o ścianę i zasnąłem.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz