poniedziałek, 28 grudnia 2015

Dzień czwarty.

Ethan

Trzy dni w izolatce za posiadanie 'broni palnej'. Nie spodziewałem się, że tak szybko zareagują. Nie zrobiłbym tego... Chciałem ich tyłki troszeczkę nastraszyć. No i troszeczkę spalić im te kudły. Przez całą noc zastanawiałem się, czy ten gówniarz jest jeszcze dziewicą i czy żyje.


W izolatce spędziłem w sumie połowę swojego wyroku. Bardzo dobrze znam to miejsce. Własciwie to tak jakby moja druga cela. Za dwa dni wrócę do celi. Dwa jebane dni. 48 gdzoin bez moelstowania tego dzieciaka. Kurde, akurat mi go zabrali kiedy chce mi się kogoś porządnie wyruchać. Jak tylko wrócę do celi zabiorę się za niego, i to tak, że aż poleci krew. Pewnie każdy sobie o mnie myśli jak o sadyście. W sumie można mnie tak nazwać. Kocham krzywdzić innych, patrzeć jak leje się krew z mojego powodu czy w końcu gwałcić kogoś z okrucieństwem. To mnie podnieca. Kogo by nie podniecał widok dziewczyny/chłopaka całego w ranach i krwi błagającego, bym przestał, bo boli? Cudowny widok. Mam tak od dzieciństwa. Każdy od razu wmawiał mojej matce, że zostanę jakimś psycholem. Urodzony w listopadzie psychopata o dziwnych skłonnościach do kaleczenia ciała drugiego człowieka - tak stwierdziła moja sąsiadka gdy rzucałem kamieniami w kolegę. Phi. gdyby teraz mnie zobaczyła, to by się popłakała.

Trochę długawe, czarne jak smoła włosy, przesiąknięte papierosowym dymem. Niebieskie oczy, które dawno straciły blask, a nabrały psychopatycznego lśnienia. Usta czerwone i wąskie: straciły już swój naturalny wyraz i delikatność. Nos... on pozostał bez zmian. Nawet moja dusza, mój charakter czy zachowanie. Zmieniło się. Tamten ja przeminął... Umarł. Z małego chłopca, który rzucał kamieniami w swoim rodzinnym miasteczku stałem się mordercą, który myśli tylko jak bardziej rozsławić swoje imię na całym świecie. Właściwie, już to zrobiłem. Każdy zna moją przeszłość kryminalną. Byłem chyba w każdej telewizji na świecie. Ostrzegano przede mną, proszono by nie nawiązywać ze mną kontaktu, nie pomagać mi. W sumie gdyby nie mały błąd, nie było by mnie tutaj. O, szalona przeszłości...

Siedziałem na szarym materacu, który leżał tuż obok drzwi. Małe pomieszczenie było straszne. Ledwo świecący żyrandol nadawał mroku. Szare ściany były smutne jak zawsze, o brązowej jak gówno podłodze nie wspomnę. Choć byłem przyzwyczajony do przebywania w tym ciasnym pomieszczeniu, nadal czułem czyjąś obecność, przez co czułem dyskomfort. Mimo, że nie było tu w sumie nic oprócz kibla i materaca na którym siedziałem, nie było tak źle. W Stanach Zjednoczonych było o wiele gorzej. Moje rozmyślenia przerwały kroki. Osoba, której buty wydawały tak okropne dźwięki, szła do izolatki. Mojej izolatki. Oparłem się wygodniej o ścianie i przymknąłem oczy. Po chwili drzwi otworzyły się, a do pomieszczenia weszła znana mi osoba. Gdy zamknęli drzwi otworzyłem oczy, a mi ukazała się kobieca sylwetka. Wiedziałem, że słyszę tupot obcasików tego plastiku.
Przede mną stała dumnie wyprostowana blondynka o brązowych oczach, małym nosku i pomalowanych na czerwono ustach. Na twarzy kilo tapety, na włosach kilo odżywki, a w cyckonoszu kilo waty. Dziwne, że ta deska trzyma się na nogach. Jej ubranie pokazywało powagę jej osoby. Marynarka i sukienka ledwo zakrywająca jej tłustą dupę napełnioną sylikonem czy innym gównem. Ach te baby...
- Pan Carther? - Spytała nakładając okularki na nos. Przejrzała listę, nabazgrała coś.
- Przecież widzi mnie pani praktycznie codziennie. Po co pani pyta? - Spytałem i uśmiechnąłem się po mojemu do niej.
- Co tym razem pan zrobił? - Spytała ignorując moje pytanie. Fuknąłem i poprawiłem włosy.
- Jak zwykle wie pani więc po co te pytania? To oczywiste, że pani wie, przecież nie przychodziła by pani mnie tak po prostu odwiedzić. - Powiedziałem patrząc na nią jak na ostatniego debila. Ta panna to pani Elisabeth Finn. Jest... No nie wiem jak to nazwać. Zapisuje ona wszystkie moje przewinienia, a potem daje je policji, by ta włożyła je do mojej i tak napchanej już teczki. Razem ze mną analizuje moje zbrodnie i wymierza jakąś określoną karę, czy dodaje mi jakieś lata do mojego wyroku, który i tak mam do końca życia.
- Ach, Ethan, dobrze wiesz, że jeszcze kilka przewinień i wylądujesz na stryczku na Florydzie. - Warknęła udając oburzoną. Grała trochę rolę mojej matki, też zazwyczaj opierniczała mnie za byle co.
- Elisa, dobrze wiesz że taki będę. A co do stryczka, to polskie rząd mnie obroni. - Zakpiłem.
- Nie zawsze matole. Więc mógłbyś się trochę naprawić pod względem zachowania. Sąd najwyższy ostrzegał, że jeśli dostanie kolejne twoje papiery o twoich zbrodniach każe cię przenieść na Florydę, gdzie będziesz czekał na wyrok. Wiesz, że możesz zginąć? Nie rozumiesz? - Zaczęła krzyczeć.
- E tam, to tylko śmierć. Nic wielkiego. - Powiedziałem z kpiną.
- Słyszałam, że masz nowego współlokatora. Jeżeli go nie zabijesz, to może nie pojedziesz na Florydę. - Powiedziała machając rękami. - Dobrze, ja już idę panie Carther.
- Dobrze, pani Elisabeth.
Wyszła i nawet nie powiedziała mi co mogą mi jeszcze zrobić jak wyjadę na Florydę. Ach, zawsze tak mówi a potem i tak polski rząd mnie broni. Za to kocham Polskę! To dopiero kraj, nie zabiją mnie tylko będą trzymać i utrzymywać. Idioci płacą na mnie podatki i biorą kredyty, by jakoś mnie utrzymać.

- Szlak. - Warknął jeden ze strażników.
- Co jest? - Spytal drugi.
- Lać mi się chce, a kamera patrzy...
- Ehem, no to idź do izolatki.
- Powaliło?! Carther to najgroźniejszy z więźniów! Nie słyszałeś jakie plotki o nim krążą? Ponoć zabił dwadzieścia osób, w tym jednego strażnika i go zgwałcił...
- Ja słyszałem, że gwałcił po zabiciu. - Usłyszałem trzeci głos.
- Fu. Jakim to trzeba być potworem, żeby tak kogoś zabić.
- Co zabić jedną osobę, a dwadzieścia! To już nie człowiek! Ostatnio krążyły historie, jak on zażynał te ofiary. Potworność! To jest sadysta nad sadystami!
A to plotkary. Tak w pracy rozmawiać o najgroźniejszym więźniu? Nie boicie się, że was zabije? Haha, uwielbiam jak ludzie czują do mnie strach. Wstałem i oparłem się o ścianę. Zasłuchałem się w trójce plotkarzy, którzy mnie obgadują. Zacząłem patrzyć na nich przez okienko.
- Ja zaś słyszałem, że Floryda wzywa go na stryczek. - Odezwał się facet z pokaźnymi wąsami.
- Serio? - Pytał 'świeżak'. - Nie wiedziałem, że to aż takie ziółko!
- A żebyś wiedział. Jest skazany na dożywocie. Wiesz ile straznikó zwolniło się z jego powodu? Chyba z 200! - Zachwycił się pan wąs.
- Słyszałem, że zgwałcił raz strażnika, że ten umarł z wyczerpania! Powiedział grubas z łysiną. Chyba czas włączyć się w tę dyskusję. Gdy miałem zacząć temat o mnie, uslyszałem kroki. Strażnicy przybrali pozycję słupa. Zero z nimi zabawy. Usiadłem i popatrzyłem się na drzwi.

- Spocznijcie panowie. Macie wolne, wyjdźcie. - Warknął znajomy głos. Hah, Edward.
- Tak jest! Odpowiedzieli we trzech. Po chwili usłyszałem zamykanie drzwi. Trzej muszkieterowie wyszli, a do mojej celi wszedł Edward.
- Cześć... Au. - Powiedziałem, ale chłopak walnął mnie gazetą. - A to za co?
- Za uśmiech wiesz? Ty idioto! Piszą o tym w gazetach! Była Elisa? - Spytał i usiadł koło mnie podając mi gazetę.
- Tak jak ty opierniczała mnie na lewo i prawo. - Odpowiedziałem przeglądając gazetę. - To na pierwszej stronie!
Uśmiechnąłem się do siebie.
- I to jest dla ciebie osiągnięcie zjebie? Wiesz, że Floryda czeka?
- Tak wiem. A jak tam u tego gówniarza?
- Byłem dzisiaj u niego i zaprowadziłem na stołówkę. Właściwie cieszy się, że ciebie nie ma. - Edward posłał mi ciepły uśmiech. - Ale mnie wszystko boli.
- CO tym razem? - Spytałem opierając się o jego plecy.
- Dyrektor mnie opierdzielił, że muszę cię lepiej pilnować. I jeszcze twoi kumple dali mi w kość.
- No widzisz... - Mruknąłem zsuwając się na jego kolana.
- Co ty wyprawiasz? - Spytał mnie, patrząc mi w oczy;.
- Pamiętasz kiedy byliśmy razem? To było takie cudowne...
- Mówisz tak, tylko dlatego, że chce ci się ruchać? - Spytał podnosząc brew do góry. Zna mnie na wylot. Podniosłem się i przyszpiliłem go do ściany. Usadowiłem się na jego kolanach i pocałowałem delikatnie w usta czekając na pozwolenie. Wiem, że Edward czasem potrafi bez czegoś takiego zrzucić mnie i obrazić się jak małe dziecko. Gdy chłopak otworzył usta, od razu wpakowałem swój język na pokład. Gdy nasze języki oplotły się, poczułem smak czekolady której bardzo dawno nie jadłem. Przejechałem językiem po jego podniebieniu. Chłopak zamknął oczy i całkowicie oddał się pocałunkom. Gdy zabrakło mi tlenu oderwałem się od niego ku niezadowoleniu obu storn. Zjechałem językiem na jego szyję. Gdy wyczułem jego tętno, ugryzłem go w to miejsce.
- Auć! Nie gryź! - Warknął odciągając mnie za włosy. - Ty idioto, jak ja to kumplom wytłumaczę?!
- ugryzł mnie mój przyjaciel, bo pragnął mnie rżnąć jak dziki.
- Chciałbyś. Nie ma. - Warknął i wstał. Po chwili zniknął za drzwiami. Cholera. I już jest obrażony. No pięknie i co ja teraz zrobię z moim stojącym żołnierzem?

Odpiąłem pasek i położyłem go na podłodze. Odpiąłem guzik i rozsunąłem zamek spodni. Odchyliłem lekko bokserki, a z nich wyleciał mój sterczący penis. Cholera. Jak ja nie lubię tego sam robić. Wyobrażam sobie... kurde jakie to trudne. Wyobrażam sobie Noe'go całego w krwi... Bawiącego się sobą. Naśliniłem trochę rękę a potem niepewnie położyłem ją na swoim żołnierzu. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Powoli jeździłem dłonią w górę i w dół, wyobrażając sobie wyżej wymienionego osobnika we krwi. Zacząłem przyspieszać moje ruchy. Przymknąłem oczy zaślepiony przyjemnością. Noe, Noe, Noe. Krew, ból, łzy. Achhhhh. Po chwili doszedłem z jękiem brudząc swoją koszulkę. Opadłem na materac.
- Noe. - Szepnąłem i odpłynąłem w krainę snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz